GLÓWNY SPONSOR Sponsor Sii

I Drużyna

Tomasz Wełna: od początku wiedziałem, że Polonia Warszawa to ,,mój” Klub

Data publikacji: 29.10.2020

Tomasz Wełna po ośmiu latach wrócił do domu – Polonii Warszawa. Jakie plany po zakończeniu sportowej kariery ma nasz obrońca? Co zaskoczyło go w lidze cypryjskiej? Jakich czynników zabrakło podczas jego sportowej kariery, by ją cały czas rozwijać? Zapraszamy do przeczytania obszernej rozmowy z naszym zawodnikiem!   

Piłkarz od małego

– Bycie piłkarzem? U mnie było to napisane od samego początku wielkimi literami. Moje przeznaczenie. Zwłaszcza, że tata w rozwoju mojej kariery odegrał bardzo ważną rolę, ponieważ to on motywował mnie do pracy i pójścia w tym kierunku. Bardzo chciał, żebym grał – może nie na tym poziomie co teraz (śmiech). Pomagał mi rozwijać sportową pasję. Tata zabrał mnie na pierwszy trening i gdyby nie on, na pewno nie grałbym w piłkę.

A mama?  

Mama mówiła, żebym poszedł na studia i nie wygłupiał się z piłką (śmiech). Chciała, abym kontynuował naukę. Rodzice cały czas byli ze mną i wspierali mnie w moich decyzjach. A jeśli chodzi o studia mogę przyznać, że planuje rozpocząć. Zazwyczaj w klubach spędzałem rok czy dwa, więc trudno byłoby mi to połączyć i przenosić się na uczelniach. Planuje teraz rozpocząć jakiś kierunek… nie podjąłem jeszcze decyzji jaki. Nie wiem, co życie przyniesie. Bardzo chciałbym zostać w piłce nożnej i pójść w tym kierunku również pod kątem wyboru uczelni. Uwielbiam pracę z dziećmi. Może kiedyś własna szkółka, kto wie? Zobaczymy jak to się ułoży.

Swoją przygodę z piłką nożną rozpocząłeś w klubie Nadnarwianka Pułtusk. Na pewno nie było łatwo rozwijać się jako sportowiec w małej miejscowości.  

Wiek juniora jest bardzo specyficzny. Raz grasz wszystko, raz w ogóle. Byłem główną postacią drużyny, a potem nie grałem, ponieważ byli lepsi. Nie zawsze do piłki seniorskiej trafiają osoby, które były najlepsze w juniorach. Powiem odwrotnie, wydaje mi się, że takich osób jest nawet mniej.

Pochodzę z Pułtuska, małej miejscowości. Mówi się, że łatwo się dojeżdża i wszystko ma się podstawione. Nie do końca tak jest. Oczywiście teraz dużo osób musi dojeżdżać wiele kilometrów do pracy, ale wtedy dla młodego chłopaka nie było to takie łatwe. Musiałem codziennie jechać godzinę w jedną stronę na treningi do Polonii. Tacie bardzo zależało, abym  rozwijał swoje umiejętności i jestem przekonany, że gdyby nie rodzicie – nie zostałbym piłkarzem. Młody chłopak, gimnazjum i codziennie autobusem na trening. Moi koledzy szli gdzieś po szkole razem, a ja wyruszałem w podróż na trening. Były momenty zwątpienia i miałem już dość, ale robiłem to, co kocham.

Złota rada Tomka Wełny dla młodych adeptów piłki nożnej? 

Nie grać w piłkę (śmiech). Myślę, że nie prowadzić zbyt rozrywkowego życia, ponieważ to jest zguba wielu młodych zawodników. Znam dziesiątki przykładów osób, które były dużo lepsze ode mnie, ale imprezowanie ich zgubiło. Może to, że nie byłem z Warszawy, a mieszkałem w Pułtusku i nie miałem czasu na taką rozrywkę w większym wymiarze trochę mi pomogło. Jeśli chcesz grać w piłkę to musisz wyrzec się wielu rzeczy. Trzeba się poświęcić w 100%. Nie jestem osobą, która może połączyć dwie rzeczy na raz. Nie wyobrażam sobie teraz grać w piłkę i jednocześnie łączyć to z dodatkową pracą. Nie mógłbym reprezentować takiego poziomu jak w tym momencie. Muszę skupić się na jednej rzeczy i dążę do tego, aby osiągnąć sukces i uzyskiwać jak najlepsze wyniki.

Piłka młodzieżowa przeszła zupełną odmianę. Są inne boiska, trenerzy. W Pułtusku grałem w zespole 86, a ja jestem rocznik 1991. Byłem jednym z najniższych zawodników, więc lekko nie było. Miałem chyba jednak ,,to coś” skoro grałem razem ze starszymi (śmiech). Wtedy też nie było w ogóle mojego rocznika. Artur Salamon stworzył ekipę i zapisał nas do ligi. Pamiętam, że na początku przegraliśmy mecz 0:16 – bolesna porażka.

W 2006 roku rozpocząłeś swoją przygodę w Polonii Warszawa, w której występowałeś do 2011 roku.  

– Kiedy pojawiła się propozycja z Polonii Warszawa myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi. Z Pułtuska do Warszawy, do jednej z najlepszej drużyny juniorskiej w naszym kraju? To wyjątkowe przeżycie i ogromna radość. Od początku wiedziałem, że Polonia to „mój” klub. Tak, to jest zdecydowanie mój klub. Spędziłem tutaj wiele czasu i przeszedłem każdy szczebel w tym klubie.

Nie wyobrażam sobie nic innego niż granie. To mi sprawiało i nadal sprawia ogromną przyjemność. Kocham piłkę nożną. Zawsze chciałem grać i nie brałem pod uwagę, że nie będę tego robił i realizował się w sporcie. Nie mogło być inaczej.

Nieudany przystanek w drodze na wyspę Afrodyty

W 2013 roku Tomek Wełna dołączył do Cracovii Kraków, w której nie zagrał żadnego meczu. Szybko zdecydował się na kolejną zmianę klubu.

– Kompletnie nieudana przygoda. Nie dostałem w tym klubie żadnej szansy. Nie trafiłem w swoim życiu na osobę, która dobrze pokierowałaby moją karierą. Myślę, że to duży błąd w przygodzie z piłką. Poszedłem do Cracovii, która wtedy grała w Ekstraklasie, ale przyznaję, że była to głupia decyzja. Teraz na pewno nie zdecydowałbym się na tę ofertę. Trener mnie nie chciał i od razu to widziałem (trenerem Cracovii w latach 2012 – 2014 był Wojciech Stawowy – przyp. red.). Dyrektor sportowy chciał mnie bardziej niż szkoleniowiec drużyny. W Krakowie byłem na testach dwa tygodnie i prezes Filipiak powiedział: – O dobry zawodnik, trzeba go wziąć. I podpisali ze mną kontrakt. Nie powinienem jednak znaleźć się w tym klubie.

Zupełnie inaczej było na Cyprze, gdzie reprezentowałeś barwy Áris Lemessoú (sezon 2016 – 2017 przyp. red.). 

– Najlepsza przygoda mojego życia. Niesamowita sprawa. Egzotyka jak „sto pięćdziesiąt”. Od samego początku moja cypryjska przygoda była wyjątkowym przeżyciem. Propozycję otrzymałem od polskiego menadżera propozycję wyjazdu na Cypr. Od razu odpowiedziałem – czemu nie? Wsiadłem w samolot i wyruszyłem w drogę następnego dnia.

Poleciałem na testy, ale trzeba przyznać, że pojechałem w ciemno. Nie wiedziałem, co tam będzie, co się stanie i co mnie czeka na miejscu. Mimo kilku znaków zapytania wsiadłem do samolotu. Na miejsce dotarłem około godziny trzeciej w nocy. Z lotniska odebrał mnie kolega menadżera, z którym wszystko ustalałem. Ale ten kolega niezbyt dobrze mówił po angielsku… Jechaliśmy do hotelu około 30 – 40 kilometrów, cała droga to piach, wszystko wypalone. Udało nam się dotrzeć do hotelu.

A rano? Rano przyjechał po mnie samochód, ktoś zawiózł mnie na trening, potem oczywiście odwiózł do hotelu. Nie są to standardy, z którymi miałem wcześniej do czynienia. Muszę przyznać, że na Cyprze jest bajka pod względem organizacyjnym. Są kluby, które nie płacą, ale akurat miałem szczęście i trafiłem do takiego, który nie miał problemów finansowych.

Czyli Cypr pozytywnie zaskoczył?  

To było dziwne… bardzo europejskie. Patrząc na to, gdzie trenowałem, z czym spotkałem się w Polsce. Cały czas ktoś się mną opiekował, dopytywał czy czegoś nie brakuje, a przecież nie byłem jedynym testowanym zawodnikiem. Czułem się bardzo doceniony.

Na Cyprze był wysoki poziom, fajnie wyglądało to piłkarsko. Cypryjczycy są też „pokręceni” na punkcie piłki nożnej. Co ciekawe, wolą pójść do kawiarni, wypić kawę i obejrzeć wspólnie mecz w telewizji. W dzień meczu każde takie miejsce jest pełne. Mieszkańcy piją kawkę i oglądają rywalizację sportową, ale nie kibicują z trybun. Fani nawet nie zapełnili stadionu podczas finału Pucharu Cypru.

Jednak po sezonie wróciłeś do Polski. 

Mogłem zostać w Árisie. Słyszałem, że pokazałem się z dobrej strony, więc mogłem kontynuować swoją cypryjską przygodę. Miałem nadzieję i wierzyłem, że po roku gry na Cyprze znajdę klub w Ekstraklasie. Byłem tego pewny, ale życie zweryfikowało… W tym czasie byłem na testach w Lechu Poznań, ale ostatecznie nie udało się. Otrzymałem jeszcze propozycję gry w greckim zespole – PAE AO Kerkyra, ale w tamtym okresie klub ten miał bardzo duże problemy finansowe (4 – 5 miesięcy nie płacili zawodnikom), więc nie zdecydowałem się. Mogłem także sprawdzić się w ekstraklasie ukraińskiej – w Karpatach Lwów. Powinienem był zagrać jeszcze rok na Cyprze na dobrym poziomie, to ciekawe propozycje same pojawiłyby się, a zwłaszcza z Polski. Za szybko podjąłem decyzję i popełniłem błąd odchodząc z tej drużyny. Ekstraklasa cypryjska to nie jest nasza I liga, zawsze to najwyższa liga krajowa. Co było to było… czasu już nie cofniemy.

Krótka historia z Widzewem Łódź i transfer „last minute”​

Bardzo żałuję mojej historii w Widzewie Łódź (sezon 2018 – 2019 przyp. red.). Chciałem awansować z tą drużyną. Już mam swój wiek i wiem, że nie zagram w kadrze Polski. W końcu sobie to uświadomiłem, więc czas zakończyć reprezentacyjną karierę. Myślę, że to jest dobry moment. Tak, oficjalnie kończę swoją reprezentacyjną karierę (śmiech).

Bardzo chciałem awansować z Widzewem, zapisać się w historii Łodzi, ale niestety nie udało się. W tym klubie jest spora wymiana zawodników i dla nich taki Wełna nie robi większej różnicy… Szkoda, bo naprawdę mi zależało. Nie otrzymałem też oferty od Widzewa, żebym został w drużynie. Troszkę mnie zwodzili i to też niemiło wspominam. Lepiej byłoby gdybym od samego początku wiedział, że nie ma szans na dalszą współpracę, a tak czekałem…

I finalnie dołączyłeś do Pogoni Siedlce (sezon 2019 – 2020 przyp. red.). Był to transfer „last minute”. Podpisaliśmy umowę około 16 października. Nie miałem już innych ofert. Przez miesiąc byłem jeszcze na testach w Izraelu (II liga), ale ostatecznie nie udało się podpisać kontraktu. Dobrze wiem, że mógłbym grać wyżej niż jak to wynika z mojej kariery. Po prostu to wiem. Brakowało mi osoby, która zna się na piłce i pomogłaby przy transferach. Znaczącą rolę odegrałaby także szkółka za granicą. W tym momencie Lech Poznań jest bardzo dobry i rozwija wielu zawodników oraz dogania europejskie szkółki piłkarskie.

Powrót do domu

– Bardzo się cieszę, że tutaj wróciłem. Pierwszy telefon pojawił się jeszcze w trakcie ligi – chyba w czerwcu. Po pierwszej rozmowie nie byłem od razu zdecydowany. Chciałem iść do I ligi. Rozegrałem niezły sezon w Pogoni Siedlce. Po zakończeniu rundy wiosennej byliśmy na pierwszym miejscu. Otrzymywałem oferty z II ligi, ale nie brałem ich pod uwagę – wolałem wrócić do domu. Do Polonii Warszawa.

Pojawiły się też propozycje z II ligi cypryjskiej, ale szukałem stabilizacji. Przeprowadzałem się prawie co roku i potrzebowałem osiąść się w jednym miejscu. Przed podpisaniem umowy z Polonią rozmawiałem z dyrektorem sportowym Piotrem Kosiorowskim, trenerem Wojciechem Szymankiem. Zapewniali mnie w niektórych kwestiach. Przedstawili mi cały plan – więc jestem. Ewentualnie przed przyjściem tutaj zastanowiłbym się, gdyby zadzwonił ktoś z klubu Ekstraklasy (śmiech).

Chcemy wspólnie stworzyć coś większego w Polonii. Nie chcę grać dla samego grania i walczyć o utrzymanie w lidze. Chcę awansować i zrobić coś dla tego klubu. Być częścią nowej historii. Dlatego też bardzo mnie irytuje, kiedy remisujemy takie mecze jak z Ruchem Wysokie Mazowieckie czy z Legionovią Legionowo. Wtedy wpadam w szał, jeśli mają miejsca takie wydarzenia. Nie znoszę przegrywać, a remis jest dla mnie porażką. Pierwszym przegranym jest drugi. Na boisku nie mam sentymentów. Wtedy zmieniam się w innego gościa.

Jednak na boisku prezentujecie się bardzo dobrze. Jesteście przecież w czołówce ligi.

Zespół mamy świetny. Brakuje nam zgrania, nie znamy się jeszcze tak dobrze z chłopakami. Oczywiście po tym czasie jest już lepiej, ale to nie jest jeszcze to, co prezentowalibyśmy po przepracowaniu całego okresu przygotowawczego razem. Ja, Łukasz Piątek dołączyliśmy bardzo późno. Wiem, że możemy wyglądać dużo lepiej niż teraz.

A to wszystko pod okiem trenera, z którym miałeś okazję spotkać się również na boisku.  

Współpraca z trenerem Szymankiem jest bardzo dobra. Jestem bardzo zadowolony z treningów. W sporcie bardzo ważna jest regeneracja, a nasz trener jest jednym z nielicznych, który tak zwraca uwagę na ten czynnik. Szkoleniowiec inaczej podchodzi do zawodników starszych i młodszych. To ważna kwestia. Pracowałem z trenerami, którzy traktowali w ten sam sposób wszystkie grupy, co nie wpływa dobrze na szatnię. Cały nasz zespół podchodzi do swoich obowiązków bardzo profesjonalnie. W naszej drużynie nie ma „gwiazdeczek”. Jeśli taka osoba byłaby w szatni to szybko zostałaby sprowadzona na ziemię. To jest bardzo dobre. Młodsi zawodnicy odnoszą się z szacunkiem do starszych, co też jest bardzo istotne.

Nonszalancja jest bardzo zgubna. Pokora to najlepsza cecha w obecnych czasach, ponieważ będąc w drużynie seniorskiej jako młody zawodnik, wykonując dobrze swoją pracę, prezentując stabilną formę naprawdę można daleko zajść. Młodzi zawodnicy nie doceniają miejsca, w którym są.

Dla mnie ważnym jest tutaj stare przysłowie – „Nie popełnia błędów ten kto nic nie robi”. Staram się robić jak najwięcej dla drużyny i pewnie będę notował błędy, to jest normalne. Środek obrony jest bardzo niewdzięczną pozycją, ponieważ możesz zagrać bardzo dobrze przez osiemdziesiąt dziewięć minut i w tej ostatniej nie stanąć na wysokości zadania – jesteś najgorszym zawodnikiem meczu i przez ciebie drużyna przegrała.

Czego więc tak naprawdę boisz się w życiu?  

Obawiam się tego, co będzie, jak skończę grać w piłkę. Coraz częściej o tym myślę. Będzie brakowało mi bardzo szatni i całego meczowego rytmu. Nagle tego nie będzie… Naprawdę nie chce kończyć gry w piłkę, bo uwielbiam tę grę.